6/25/2009

vipassana..


Sztuka życia : medytacja Vipassana

(autor: S.N. Goenka)

Niniejszy artykuł powstał w oparciu o publiczny wykład wygłoszony przez S.N. Goenkę w Brnie w Szwajcarii w 1980 r.

Wszyscy poszukujemy spokoju i harmonii, ponieważ właśnie tego nam w życiu brakuje. Od czasu do czasu każdy z nas doświadcza wzburzenia, irytacji, cierpienia. Kiedy ogarniają nas tego typu uczucia, nie my jedni ich doświadczamy – zarażamy nimi najbliższe otoczenie. Człowiek emanuje zdenerwowaniem, które udziela się każdemu, kto się z nim wtedy zetknie. Z pewnością nie jest to właściwy sposób życia.

Należy żyć w spokoju i zgodzie z samym sobą oraz w zgodzie ze wszystkimi wokół nas. Istota ludzka jest przecież istotą społeczną. Człowiek musi żyć w społeczeństwie i radzić sobie z ludźmi, których spotyka. W jaki sposób można żyć zachowując spokój? W jaki sposób można zachować równowagę wewnętrzną oraz równowagę w stosunkach z ludźmi tak, aby oni również mogli żyć spokojnie i harmonijnie?

Ktoś jest wzburzony. Aby pozbyć się wzburzenia, trzeba znać jego powód, przyczynę zdenerwowania. Jeśli przyjrzeć się temu problemowi bliżej, staje się oczywiste, że wzburzenie ogarnia nas zawsze wtedy, kiedy w umyśle pojawi się jakiekolwiek negatywne uczucie, zakłócenie. Negatywne nastawienie w umyśle – rodzaj mentalnego zanieczyszczenia, zakłócenia, nie może współistnieć ze spokojem i harmonią.

W jaki sposób rodzi się w nas negatywne uczucie? Ponownie, po zbadaniu problemu, jasne i oczywiste staje się, że czujemy się nieszczęśliwi zawsze wtedy, gdy ktoś z naszego otoczenia zachowuje się w sposób, który się nam nie podoba, gdy dzieją się wokół nas rzeczy, których nie lubimy. Wydarza się coś niechcianego i dlatego rodzi się w nas napięcie. Z kolei nie wydarzają się rzeczy, których pragniemy, na drodze do nich pojawiają się jakieś przeszkody i w tej sytuacji również rodzi się w nas napięcie. Przez całe życie dzieją się rzeczy niechciane, natomiast nie dzieją się rzeczy chciane – reagujemy na to napięciami, stresami i ten proces stałej, negatywnej reakcji prowadzi do skłębienia się napięć i stresów w jeden wielki Gordyjski węzeł negatywności, sprawiający, że cała nasza mentalna i fizyczna struktura jest przesycona negacją. Życie staje się przez to pełne udręki i cierpienia.

Ewentualnym rozwiązaniem problemu byłoby zorganizowanie sobie życia w taki sposób, aby nie wydarzało się w nim nic nieprzyjemnego, natomiast działoby się wszystko to, co chcemy i tak jak chcemy. W tym celu należy tylko zdobyć odpowiednio mocną pozycję w życiu, albo poparcie i pomoc osoby mającej taką pozycję, i wszystko będzie się działo zgodnie z naszymi pragnieniami. Jest to niestety niemożliwe. Na całym świecie nie ma takiej osoby, której spełniałyby się wszystkie życzenia i w życiu której wydarzałyby się same pożądane rzeczy a nie wydarzałyby się niepożądane. Stale dzieją się sprawy sprzeczne z naszymi oczekiwaniami i pragnieniami. Pojawia się więc pytanie – w jaki sposób nie reagować ślepo w obliczu niechcianych wydarzeń? W jaki sposób nie dopuścić do powstania napięcia? Jak zachowywać spokój i równowagę umysłu?

W Indiach, tak samo jak w wielu innych krajach, święci i mędrcy dawnych czasów studiowali ten problem – problem ludzkiego cierpienia – i znaleźli rozwiązanie. Kiedy dzieje się coś niechcianego i zaczynamy reagować gniewem, strachem albo jakimkolwiek innym negatywnym uczuciem, wtedy tak szybko, jak to jest możliwe, powinniśmy odwrócić od tego uwagę i skierować ją na coś innego. Na przykład wstać, nalać sobie szklankę wody i wypić ją – gniew wtedy nie będzie rósł i pomału przejdzie. Albo zacząć liczyć: jeden, dwa, trzy, cztery. Albo zacząć powtarzać jakieś słowo, zwrot czy mantrę – może imię Boga albo czczonego przez nas świętego. Umysł wtedy zajmie się czym innym i do pewnego stopnia gniew nas opuści –uwolnimy się od negatywnego nastawienia.

To było bardzo pomocne rozwiązanie. Działało i nadal działa. Stosując je czujemy, że umysł uwalnia się od gniewu. Jednak faktem jest, że rozwiązanie to funkcjonuje tylko na poziomie świadomości. W rzeczywistości, kierując uwagę na inne sprawy, spychamy negatywne uczucia głęboko do poziomu nieświadomości, na którym to poziomie one dalej istnieją i powiększają poziom mentalnych zakłóceń i zanieczyszczeń. Na powierzchni umysłu panuje spokój i harmonia, ale w jego głębi drzemie wulkan stłumionych negatywnych uczuć, który prędzej czy później wybuchnie z gwałtowną siłą.

Inni badacze wewnętrznej prawdy poszli dalej w swoich poszukiwaniach i, doświadczając rzeczywistości umysłu i materii w głębi siebie, przekonali się, że odwracanie uwagi jest tylko ucieczką przed problemem. Ucieczka nie jest rozwiązaniem. Trzeba stawić czoło problemowi. Kiedy w umyśle pojawi się negatywne uczucie, zacznijcie je obserwować, przyglądać się mu. Jak tylko zaczniecie obserwować mentalne zakłócenie, zacznie ono tracić swoją moc – będzie słabnąć i powoli zupełnie zaniknie.

To dobre rozwiązanie, unikające obu krańcowych wyjść – stłumienia albo niekontrolowanego uzewnętrznienia. Zepchnięcie negatywnych uczuć na poziom nieświadomości nie jest ich usunięciem. Przyzwolenie na swobodne uzewnętrznianie ich w mowie lub działaniu spowoduje jedynie powstanie kolejnych problemów. Natomiast jeśli je obserwujemy, wówczas negatywne uczucia przemijają i uwalniamy się od nich. Likwidujemy w ten sposób mentalne zakłócenia i zanieczyszczenia.

Brzmi to wspaniale, ale czy jest możliwe w praktyce? Czy przeciętnemu człowiekowi łatwo jest stawić czoło negatywnościom? Gniew ogarnia nas tak szybko, że nawet nie zauważamy kiedy. Obezwładnieni gniewem mówimy i robimy rzeczy, które wyrządzają szkodę nam i innym. Później, kiedy już ochłoniemy, zaczynamy płakać i żałować tego, co zrobiliśmy, przepraszając ludzi albo błagając Boga o wybaczenie: “Och, popełniłem błąd, proszę o wybaczenie!” Ale następnym razem, w podobnej sytuacji reagujemy dokładnie tak samo. Cały ten żal i skrucha w niczym nie pomagają.

Trudność polega na tym, że nie uświadamiamy sobie, kiedy naprawdę zaczyna się zakłócenie. Ma ono swój początek w głębi nieświadomości, więc zanim wypłynie na powierzchnię, tak zyskuje na sile, że zupełnie nas obezwładnia i nie jesteśmy w stanie go obserwować.

W takim razie może powinniśmy mieć przy sobie prywatnego sekretarza, którego zadaniem byłoby – za każdym razem, kiedy wpadniemy w gniew – uświadamiać nam: “Uwaga! Zaczyna się!” Przydałoby się trzech sekretarzy czuwających na zmianę przez całą dobę, bo przecież nigdy nie wiadomo, kiedy możemy się rozzłościć. Przypuśćmy, że stać nas na nich i w pewnym momencie sekretarz woła do nas: “Uwaga! Nadchodzi gniew!” Pierwsza rzecz jaką zrobimy, to trzepniemy go i krzykniemy ze złością: “Co ty sobie, głupcze, myślisz?! Nie płacę ci za to, żebyś mnie pouczał?!” Gniew tak nas zdominował, że żadne dobre rady nic tu nie pomogą.

Wyobraźmy sobie jednak, że mądrość zwycięża i sekretarz nie oberwał. Mówimy: “Dziękuję ci. W porządku. Teraz muszę usiąść i poobserwować swój gniew.” Czy to jest możliwe? Kiedy tylko zamkniemy oczy i spróbujemy obserwować gniew, w umyśle pojawi się obraz osoby lub wydarzenia, które wywołały naszą złość. W takim razie obserwujemy nie sam gniew jako taki, lecz zewnętrzny bodziec będący jego przyczyną. A to jedynie przysłuży się do podsycenia gniewu. To nie jest rozwiązanie. Bardzo trudno jest obserwować abstrakcyjne, negatywne uczucie, abstrakcyjną emocję, oddzieloną od jej zewnętrznego bodźca.

Jednak Ten, który dotarł do ostatecznej prawdy, znalazł prawdziwe rozwiązanie. Odkrył On, że kiedy tylko w umyśle pojawia się jakiekolwiek zakłócenie, jednocześnie zachodzą dwa zjawiska na poziomie ciała fizycznego. Jedno polega na tym, że oddech traci swój naturalny rytm. Kiedy w umyśle pojawia się negatywne uczucie, zaczynamy głębiej oddychać. Łatwo jest to zaobserwować. Drugie polega na tym, że na subtelniejszym poziomie, gdzieś w obrębie ciała zachodzi jakiś rodzaj reakcji biochemicznej, objawiającej się jako fizyczne doznanie w ciele. Każde zakłócenie spowoduje jakieś doznanie w którejś części ciała.

To jest praktyczne rozwiązanie. Przeciętna osoba nie jest w stanie obserwować abstrakcyjnego zanieczyszczenia umysłu – abstrakcyjnego strachu, gniewu czy pasji. Jednak po odpowiednim przeszkoleniu i praktyce, łatwo będzie obserwować oddech i doznania w ciele – oba te zjawiska są bezpośrednio połączone z mentalnymi zakłóceniami.

Oddech i doznania pomagają nam podwójnie. Po pierwsze są naszymi prywatnymi sekretarzami. Kiedy tylko w umyśle pojawia się zakłócenie, oddech natychmiast traci normalny rytm i w ten sposób daje nam sygnał: “Uwaga! Coś się źle dzieje!” Nie możemy przyłożyć oddechowi. Musimy to ostrzeżenie przyjąć do wiadomości. Podobnie doznania fizyczne informują nas, że coś jest nie tak. Zaakceptowawszy ostrzeżenie, zaczynamy obserwować oddech, obserwować doznania i bardzo szybko przekonujemy się, że zakłócenie znikło.

Ten mentalno-fizyczny fenomen jest jak moneta o dwóch stronach. Po jednej stronie są powstające w umyśle myśli i emocje, po drugiej – oddech i doznania w ciele. Każda myśl czy emocja, świadoma lub nieświadoma, każde zakłócenie mentalne przejawia się w oddechu i w doświadczanym w danym momencie doznaniu fizycznym. Dlatego, obserwując oddech i doznania, bezpośrednio obserwujemy też mentalne zakłócenie. Zamiast uciekać od problemu, stajemy twarzą w twarz z rzeczywistością taką, jaką ona jest. Widzimy wtedy, że zakłócenie traci moc. Nie jest już tak obezwładniające, jak bywało w przeszłości. Jeśli będziemy wytrwali, w końcu całkiem zaniknie i pozostawi nas spokojnych i szczęśliwych.

W ten sposób technika samoobserwacji ukazuje nam rzeczywistość w obu aspektach: wewnętrznym i zewnętrznym. Wcześniej kierowaliśmy nasze szeroko otwarte oczy tylko na zewnątrz, pomijając prawdę wewnętrzną. Powodów nieszczęść zawsze szukaliśmy na zewnątrz. Zawsze winiliśmy rzeczywistość zewnętrzną i próbowaliśmy ją zmienić. Nic nie wiedząc o wewnętrznej rzeczywistości, nie rozumieliśmy, że przyczyna cierpienia leży wewnątrz nas, a jej źródło leży w naszych ślepych reakcjach.

Teraz możemy się nauczyć widzieć drugą stronę monety. Możemy być świadomi oddechu i tego, co się dzieje wewnątrz nas. Cokolwiek to jest, oddech czy doznanie, uczymy się je obserwować nie tracąc równowagi umysłu. Przestajemy ślepo reagować, pomnażać nasze cierpienia. Zamiast tego, pozwalamy zakłóceniu pojawić się i zniknąć.

Im więcej praktykujemy tę technikę, tym szybciej potrafimy uwalniać się od negatywnych uczuć. Stopniowo umysł pozbywa się zakłóceń i zanieczyszczeń. Staje się czysty. Czysty umysł jest zawsze pełen miłości – bezinteresownej miłości do innych; pełen współczucia dla niepowodzeń i cierpień innych osób; pełen radości z powodu ich sukcesów i szczęścia; pełen harmonii, równowagi i spokoju w obliczu każdej sytuacji.

Kiedy ktoś osiąga ten etap, wtedy całe jego życie zaczyna się zmieniać. Taka osoba nie jest już w stanie powiedzieć lub uczynić czegoś, co zakłóciłoby spokój i szczęście innych. Jej zrównoważony umysł nie tylko sam doświadcza spokoju, ale pomaga też innym osiągnąć spokój. Osoba taka roztacza wokół siebie atmosferę harmonii i pokoju, która wpływa na innych i zaczyna się im udzielać.

Ucząc się jak zachować spokój i równowagę umysłu w obliczu wszystkiego, czego doświadczamy wewnątrz, rozwijamy w sobie również umiejętność dystansowania się do zewnętrznych wydarzeń. Dystans ten nie jest jednak ani ucieczką ani obojętnością wobec problemów świata. Osoba medytująca Vipassanę staje się bardziej wrażliwa na cierpienia innych i robi, co w jej mocy, aby ulżyć tym cierpieniom w każdy możliwy sposób – bez wzburzenia i zdenerwowania, za to z umysłem pełnym miłości, współczucia, harmonii i spokoju. Uczy się szlachetnej, altruistycznej neutralności – tak, aby będąc aktywnie zaangażowanym w pomoc innym, jednocześnie zachowywać spokój i równowagę umysłu. W ten sposób pracuje dla szczęścia i spokoju innych, pozostając pełnym spokoju i szczęścia człowiekiem.

Tego właśnie uczył Budda: sztuki życia. Nigdy nie założył ani nie nauczał żadnej religii, żadnego “-izmu”. Nigdy nie dawał swoim zwolennikom żadnych instrukcji do praktykowania ceremonii i rytuałów, do celebrowania pustych formalności. Zamiast tego, uczył jak obserwować naturę taką, jaką ona jest, poprzez obserwację rzeczywistości wewnętrznej. Z powodu ignorancji, niewiedzy stale reagujemy na świat w sposób szkodliwy dla nas i dla innych. Ale kiedy pojawia się mądrość – mądrość obserwacji rzeczywistości takiej, jaką ona jest – uwalniamy się od nawykowego reagowania. Kiedy przestajemy reagować ślepo, jesteśmy zdolni do rzeczywistego działania, którego podstawą jest zrównoważony, spokojny umysł. Umysł, który widzi i rozumie prawdę. Tego typu działanie może być tylko pozytywne, twórcze, pomocne nam samym oraz innym wokół.

A zatem to, czego potrzebujemy, to “poznać samego siebie” – rada, którą dawali wszyscy mędrcy. Trzeba poznać siebie nie tylko na poziomie intelektualnym, poziomie idei i teorii na swój temat. Nie oznacza to też poznania na poziomie emocjonalnym, uczuciowym, na poziomie ślepej akceptacji tego, co się przeczytało lub usłyszało. Taka wiedza nie wystarcza. Trzeba poznać rzeczywistość na faktycznym, autentycznym poziomie. Trzeba bezpośrednio, osobiście doświadczyć rzeczywistości tego mentalno-fizycznego fenomenu. Tylko to pomoże nam uwolnić się od zanieczyszczeń, od cierpienia.

Bezpośrednie doświadczanie rzeczywistości siebie samego, owa technika samoobserwacji to właśnie medytacja Vipassana. W języku, którym mówiono w Indiach w czasach Buddy, passana oznacza: patrzeć, widzieć otwartymi oczami, w zwykły sposób; ale Vipassana oznacza widzieć rzeczy takie, jakimi są naprawdę, a nie takie, jakimi wydają się być. Powierzchniowa prawda musi być spenetrowana i zgłębiona tak, abyśmy mogli dotrzeć do ostatecznej prawdy o całej strukturze mentalnej i fizycznej. Kiedy doświadczamy tego typu prawdy, uczymy się, jak nie reagować ślepo, jak przestać stwarzać zakłócenia i zanieczyszczenia – wówczas, naturalną koleją rzeczy, stare zanieczyszczenia również znikną. Uwalniamy się wtedy od wszelkich cierpień i doświadczamy szczęścia.

Nauka na kursie medytacji obejmuje trzy elementy. Po pierwsze należy powstrzymać się od wszelkiego działania, mówienia bądź zachowania, które zakłóca spokój i harmonię innych. Nie można pracować nad uwolnieniem się od zanieczyszczeń umysłu, jeśli w tym samym czasie postępujemy w sposób, który te zanieczyszczenia pomnaża. Dlatego przestrzeganie zasad postępowania moralnego jest pierwszym niezbędnym elementem praktyki. Zobowiązujemy się nie zabijać żadnych istot, nie kraść, powstrzymać się od niewłaściwych zachowań seksualnych, nie kłamać i nie używać środków odurzających. Wstrzymując się od takich działań, pozwalamy umysłowi uspokoić się.

Następny element to nauka panowania nad rozkojarzonym umysłem poprzez ćwiczenie skupiania go tylko na jednym zjawisku: na oddechu. Próbujemy utrzymać uwagę skoncentrowaną na oddychaniu tak długo, jak to jest możliwe. Nie chodzi tu o robienie ćwiczeń oddechowych. Zadanie nie polega na regulowaniu oddechu. Polega na obserwowaniu naturalnego oddechu takim, jakim on jest – naturalnie pojawiający się wdech, naturalnie pojawiający się wydech. W ten sposób jeszcze bardziej uspokajamy umysł tak, aby nie ulegał gwałtownym, negatywnym emocjom. Koncentrowanie umysłu sprawia, że staje się on wyostrzony i nabiera zdolności do penetracji, uczy się jak dokonywać wglądu.

Te dwa pierwsze elementy: postępowanie moralne oraz kontrolowanie umysłu są bardzo potrzebne i korzystne same w sobie, ale doprowadzą do auto-represji, o ile nie wprowadzimy trzeciego elementu: oczyszczenia umysłu z zakłóceń poprzez rozwijanie wglądu w naszą własną naturę. To jest Vipassana: doświadczanie rzeczywistości samego siebie poprzez systematyczną i pełną spokoju obserwację wiecznie zmieniającego się fenomenu umysł-materia, przejawiającego się na poziomie doznań fizycznych w ciele. Jest to kulminacja nauk Buddy: samooczyszczenie dzięki samoobserwacji.

Praktyka jest dostępna dla wszystkich. Wszyscy cierpimy. Jest to uniwersalna choroba, która wymaga uniwersalnego leku – a nie leku dostępnego wyłącznie dla wyznawców jednej religii, czy jednego odłamu religijnego. Jeśli ktoś cierpi z powodu gniewu, to nie jest to gniew buddyjski, hinduski, czy chrześcijański. Gniew to gniew. Ogarniające nas z tego powodu wzburzenie, nie jest wzburzeniem chrześcijańskim, hinduskim czy buddyjskim. Choroba dotyczy wszystkich, dlatego lekarstwo też musi być uniwersalne.

Vipassana jest takim lekarstwem. Nikt przecież nie sprzeciwi się zasadom życia, wymagającym poszanowania spokoju i harmonii innych. Nikt nie sprzeciwi się rozwijaniu umiejętności panowania nad umysłem. Nikt nie sprzeciwi się rozwijaniu wglądu we własną rzeczywistość, dzięki czemu możliwe staje się uwolnienie umysłu od negatywnych uczuć. Vipassana jest uniwersalną ścieżką.

Obserwowanie rzeczywistości takiej, jaką ona jest, poprzez obserwację prawdy wewnątrz, jest poznawaniem siebie na rzeczywistym, doświadczalnym poziomie. W miarę praktykowania uwalniamy się od zanieczyszczeń i cierpień. Od prawdy zewnętrznej, powierzchniowej, łatwo dostępnej przechodzimy w głąb i poprzez penetrację dochodzimy do ostatecznej prawdy o umyśle i materii. Następnie wykraczamy poza ten poziom i doświadczamy prawdy, która istnieje poza umysłem i materią, poza czasem i przestrzenią, poza uwarunkowanym obszarem względności. Prawdy całkowitego wyzwolenia od wszelkich zakłóceń, zanieczyszczeń, od wszelkiego cierpienia. Jest ona końcowym celem każdego z nas i nie jest istotne, jakie jej damy imię, jak nazwiemy tę absolutną prawdę.

Obyście wszyscy doświadczyli ostatecznej prawdy. Oby wszyscy ludzie uwolnili się od cierpienia. Oby wszyscy mogli cieszyć się prawdziwym szczęściem, prawdziwym pokojem, prawdziwą harmonią.

OBY WSZYSTKIE ISTOTY BYŁY SZCZĘŚLIWE

ode mnie:lubie zachody słońca nawet kiedy są samotne,światło wschodzącego i zachodzącego słońca dają silę i moc,trzepot skrzydla,który mówi,że nie jesteś sam i podmuch wiatru ,który pcha do przodu..upadając wstajemy z mocnym postanowieniem lepszego jutra,ale czemu nie zaczać juz dziś..ciepły piasek pod stopami i uśmiech dziecka nie pozwalaja stopom zapaść sie głęboko w piachu..może idzie sie wolniej,ale jakże cudowna jest szybkość ślimaka..

6/15/2009

el camino ..



w sobote dotarlismy z muxia (rano)do bettystown wieczorem..z muxia busem 2h do santiago,w santiago 3h chodzenia,pamiatki,kawka ,jedzenie..potem rowerami na stacje busow,niemily kierowca,stamtad na lotnisko,odprawa,klopoty z karta ,zaplacic za rowery trzeba bylo..2h lotu do dublina,1h czekamy na busa do julianstown,1h busem ,i stamtad 6km pedalowania do domu..uff jako ze wyprawa mnie wykonczyla fizycznie i mam zawirowania w glowie podczas zmiany pozycji wiec odpoczywam,podczas wyprawy malo co notowalam,bo ze zmeczenia malo co moglam sie poruszac a co dopiero pisac..spimy ,jemy odpoczywamy..no i gora prania..marek sie bardzo cieszyl ze juz w domu jestesmy jak nigdy..chyba tez mial dosc..jak dojde do siebie to na blogu wyprawy el camino odtworze relacje pokrotce dzien po dniu..po wyprawie wycofuje sie coby jakas mamina ciagnela sie z rodzina przez el camino!jest dosyc trudne,wyczerpujace,upaly z deszczem,kurz itd..owszem z dzieckiem 1,5 rocznym ok i wzwyz,z malenkim niebardzo..fizycznie masakra,dzien po dniu ..i wcale nie jest latwiej..gory,podjazdy,zjazdy,serpentyny..uff wszystko za mna juz..byly i tez wspanaiale momenty,przykre tez sie zdarzaly..trzeba byc niezlym harpaganem zeby to zrobic pieszo czy nawet rowerem..5 tyg pieszo,rowerem trzeba wziasc wiecej czasu jezeli sie ma dziecko..na poczatku robilismy po 40km do 60km,potem 70-80 km sie zdarzalo..zalezy jaki odcinek i jaki teren..a marek nie popuszczal i grzalismy do przodu,pare razy sie zgubilam..naprawde duzo podjazdow,dlugie wyczerpujace,czasem trzeba bylo pchac rower do gory w ostrym podjezdzie..jezdzilismy i el camino i asfaltem..el camino jest dobrym sprawdzianem do rowerzystow i na rowerach gorskich i na szosowkach..my zrobilismy trase francuska w 14dni,potem zrobilismy jeszcze droge fisterra -muxia (31km),do fisterry udajac sie busem..mamy papiery z odbycia obydwu drog..muxia naprawde piekne miejsce,dojazd tam tez jest dlugi i wyczerpujacy i znow podjazdy,a takze przedostanie sie przez rzeke z calym dobytkiem bylo dla mnie niezlym przezyciem..rzeka miala byc po kostki a byla po uda,wiec klon wszystko przytaszczyl na plecach,a arka na barana i mnie za reke ,bo sie balam..to tak pokrotce,bo jeszcze jestem nie do zycia..tutaj fotki moje(tez nie mialam sily i ochoty bawic sie w fotografa)i fotki klona..pozdrawiam wszystkich.. :)

6/08/2009

pod wiatr..

zrobilismy z 50km w ciezkich warunkach pogodowych..deszcz i wiatr ,podjazdy,do 1500,do 1300 m a potem zjazd baardzo dlugi i ciezki..wiatr w porywach do 100..nie moglam jechac z gorki i zarzucalo na wszystkie strony..balam sie ze znowu zalicze niezla glebe i o maluszka..zimno i wietrznie..ma tak byc do srody..teraz 11 stopni..w czwartek ma byc slonko..piore wszystko i susze w maszynie bo ciezkie to i brudne..po wysmienitej kolacji ktora zrobil marek za pokonanie tej ciezkiej trasy..nawet marek poczekal w pewnym momencie czy mnie nie zdmuchnelo,co sie nie zdarza..tez mial klopoty z utrzymanie rownowagi..uff ale juz wykapani i jest cieplutko..spimy z 6 osobami w pokoju,no ale zimno ..wiec namiot nie rozkladamy..no to do zoba..

6/07/2009

miedzy leon a argos..

po 10 km przywalilam glowa w beton z rozpedu,chyba mialam nawet maly wstrzas.wszystko juz ok..pisze ze skan wyszedl dobrze .guz zszedl po arnice i biore jeszcze cos przeciwzapalnego bo mam nadwyrezone i opuchnieta szyje..wczoraj z tego powodu spedzilismy w szpitalu 8 h ..potem taksa pojechalismy do stacji benzynowej gdzie zostaly rowery,ktore odzyskalismy po interwencji policjii.pojechalismy do argos rowerami jeszcze 5km w wietrze i deszczu i odpoczynek..jakies 15km zrobilismy wczoraj a dzisiaj zrobilismy 82km,ostatnie 10km to dlatego ze nie bylo gdzie spac,dzisiaj spimy w pokoju z jakims wariatem z kolczykiem w nosie hii.i po kolacji tez..marka boli kolano a mnie szyja i tak sobie jedziemy polamani pokaszlujac..zostalo nam 210km do saniago de compostela,do finisterry potem jeszcze 90km..dzisiaj gory,wiatr i deszcz 1500m.np.m i bardzo zimno.dlugie podjazdy na najnizszej przezutce 6km na h,albo zjazd 40km z wcisnietym hamulcem..jest ciezko i trudno i ciezko wspolpracujemy..kazdy zmeczony na maksa..no arek to luzik,szalenstwo do 23 bo wyspany..no to wszystko.jeszcze kapanie i lulu,jutro znowu orka podjazdowa.gory i deszcz..chyba bym tego ne zrobila drugi raz,no i kask wazna rzecz,ale w goraczce i tak kazdy sciagal,wlecialam do betonowego rowu bo sie potknelam ale sie ciesze ze nic nie jest..no trza o kaskach pamietac..w domu mam dwa..ok dobranoc..glowa nie szklanka ,)adios

p.s julcia sie nie martwi,juz jest oki,pozdrowionka

6/05/2009

1 i pol drogi..

560km przepedalowane..jestesmy w hospital de orbigo miedzy leon a astroga..jutro znowu cisniemy w gore na 1500m,bedzie pod gorke jak na poczatku..dzisiaj zrobilismy 54km ale pod wiatr,w miastach ,pod gorke,zimno i na koniec deszcz..udalo sie nam dzisiaj spac w refugio w osobnym pokoju,z arkiem mamy chody..drugi raz tak spimy,a tak w namiocie na kempingach lub za refugio..wczoraj spalismy na dziko,wypralam w pralce ale juz nie wysuszone do konca wiozlam,nawet brudna pantera stala sie sniezna heh..krecik tez sie wypral..a dzisiaj arowi kupilam pocoyo maskotke i towarzysz pato kaczora arek w szoku hii..spalismy wczoraj na dziko i bylo zimno bo temperatura akurat spadla do minus 5..troche wszyscy kaszlemy najczesciej w nocy wiec kupilam stodal w kulkach homeo i jakos dajemy rade..wczoraj 82 km a 2 dni wczesniej 70 km ze sie rozlozylam,3 panadole pozwolily jechac dalej..wypisal mi sie dlugopis wiec stukam a tak to mi sie nie chce juz nic wieczorem taka zajechana jestem..arek pelen energii na wieczor ma swoje kolezanki,babcie i dziadkow,zawsze ktos go poglaszcze..dzisiaj rano spotkalismy 2 polakow na rowerze starszych ,pocisneli przez cala francje i teraz leca do fisterry,spotkali polakow z przyczepka rowerowa z 1,5 rocznym dzieciakiem z wroclawia,2 dni za nami heh,chyba sie nie spotkamy,kto wie..byl tez koles wczoraj niemiec z hiszpanka ciagnacy przyczepke,wiec sami nie jestesmy,z 4 dzieciakow w wieku arka cisnie el camino..ale chyba nikt sie nie spodziewal takiej orki,urlopik w hiszpanii hehe..nawet nie opalona jestem bo uzywam arka kremu z filtrem 50 plus..arek troche kaszle wiec faszeruje go czym mam i daje regularnie jedzonko..tutaj mozna kupic w aptece wczoraj mnie babka w sklepie oswiecila..dzisiaj tez zakupiona paczka pieluch i mleko,nie moge znalezc sojowego niestety..arek zasypia w spiworze w przyczepce a potem przenoszony jest do namiotu albo na materac..w dzien ma 2 drzemki,potem ma place zabaw i ludzi pielgrzymujacych..ogolnie jest fajnie ale lekko nie ma..dzisiaj ostry zjazd dunhilowy..przed leon ,zabic sie mozna,zaklinowalam sie ze dwa razy,siniaki to wszedzie na nogach i szlaczki od lancucha..nie moge opanowac wlasnego roweru z ciezarem..duzo to bocianow,maja swoje gniazda na kosciolach,nawt na dachu moze byc z 5 gniazd,fajnie to wyglada..wczoraj tez arkowi koles gral na harmonijce,aru zachwycony..a mnie uzdawiala lysa niemka hii..jestem zajechana ,spuchnieta od wysilku,ale trzeba cisnac dalej..nie jestesmy w stanie prawdopodobnie dotrzec do fisterry..za malo czasu..ale marek i tak cisnie ile wlezie ze nie wyrabiam,ruszac sie nie moge i krzycze na niego ze mi nie zalezy na santiago ,tylko zeby bylo fajnie w trakcie drogi,ale co powiesz komus kto dostaje kolosa za wyczyn roku,jak to ma nie zrobic takiej wycieczki heh,mowilam ze bedzie ciezko..koncze bo zostala 1 minuta..adios..