12/18/2008

wolnosc..

To jedna z najważniejszych ludzkich potrzeb. Bierze się z tego, że człowiek chce się czuć wyraźnie oddzielony, a nie zlany ze wszystkimi, i chce o sobie decydować. Ale potrzeba wolności nie jest jednorodna. Człowiek może chcieć być wolny od czegoś, ale też chcieć wolności ku czemuś. To podstawowa różnica, która wiąże się z dojrzewaniem, rozwojem świadomości. Bo dziecku i młodemu człowiekowi wolność kojarzy się zwykle z tym, że wolno mu robić, co tylko zechce.
Wolność to robienie tego, co nakazuje nam i na co pozwala nasza wolna wola. Ale z
wolnością jest jak z miłością – ma bardzo wiele twarzy. Wolność to wewnętrzny nakaz zmierzania do ideału, do którego możemy się tylko przybliżać – a on nam ciągle ucieka jak oddalający się horyzont. Mędrcy i mistrzowie twierdzą, że osiągnięcie wolności możliwe jest jedynie na planie duchowym i mistycznym. Bycie całkowicie wolnym od wszelkich uwarunkowań i ograniczeń związanych z naszą egzystencją w istocie oznacza rozpoznanie siebie jako istoty duchowej. Zanim to ostatecznie zrozumiemy, nasza potrzeba wolności przejawiać się będzie na tysiące sposobów.
Tylko człowiek, który sam w głębi duszy nie czuje się wolny ani wartościowy, będzie niewolił innych. Z lęku. To dobrze widać w parach. Jeśli któreś z partnerów ogranicza wolność drugiego, oznacza to, że nie czuje się pewnie, boi się, że ten drugi wykorzysta w jakiś sposób ową wolność, zdradzi albo sobie pójdzie, albo zdominuje z kolei jego.(czyli ida boi sie zdrady i dominacji w zwiazkach,dlatego ze wyniosla z domu z inwentarzem calym brak pewnosci siebie,i dowartosciowania,gdzie jest to rola rodzicow,ale nie mozna miec zalu do nich bo on wyniesli to tez z domu,i jak ida nad tym nie popracuje to arek tez przeniesie to na swoje dzieci itd,pokoleniowo..)
Dlatego jeszcze jednym nieosiągalnym ideałem jest tzw. wolny związek. Zbitka pojęciowa, która stanowi sprzeczność samą w sobie. Każdy związek zakłada bowiem decyzję o dobrowolnej utracie części wolności. Paradoksalnie – świadoma i dobrowolna decyzja o wyrzeczeniu się jakiegoś obszaru wolności jest wyrazem wewnętrznej wolności.
Ludzie chcą być blisko siebie, być szczęśliwi. Ale zapominają, że by być szczęśliwi, nie mogą się czuć do czegoś zmuszani. On się złości, bo ona chodzi gdzieś z koleżankami czy na zajęcia, ona się niepokoi i złości, kiedy on wychodzi z kumplami... W jakiejkolwiek bylibyśmy większej całości niż „ja”, dostajemy poczucie bezpieczeństwa, jakieś korzyści, ale tracimy część wolności. To nieuniknione. To cena tego, że jesteśmy częścią owej większej całości.
Chcemy wolności seksualnej, obyczajowej, politycznej, wolności demonstracji, wolności światopoglądowej, poruszania się, wolnego czasu. To wszystko w mniejszym lub większym stopniu potrafimy sobie w końcu wywalczyć. Znacznie trudniej przychodzi nam uzyskać wolność wewnętrzną, np. wolność od negatywnych myśli, ocen i emocji, od agresji, lęku, chciwości, podejrzliwości – ale tym bardziej takiej wolności pragniemy. Stąd rosnące powodzenie psychoterapii i wielu innych metod wewnętrznego rozwoju.
Pracując nad sobą, stopniowo uwalniamy się od własnych ograniczeń, uwikłań.
Pewien mądry filozof zauważył, że wolnością jest zdolność do akceptacji konieczności, czyli tego, czego nie jesteśmy w stanie zmienić. Ta świadomość pojawia się, gdy zaczynamy wewnętrznie dojrzewać i dzięki temu odkrywać wolność ku.
Dlatego wolność od i wolność ku to zupełnie inne kategorie. Już samo zadanie sobie pytania: Po co mi ta wolność i ku czemu ma mnie prowadzić?, jest olbrzymim krokiem w stronę dojrzałości.
Bo niedojrzałe, obsesyjne dążenie do wolności od z czasem staje się nowym zniewoleniem. Życie, które jest ucieczką przed odpowiedzialnością, jest jednocześnie ucieczką przed wolnością i staje się iluzją wolności – koszmarem. Abyśmy mogli iść do przodu, musimy się z tego otrząsnąć i zastanowić, co jest dla nas naprawdę ważne i ku czemu chcemy zmierzać.To jest prawdziwy akt wolności. I dojrzałości. Pojawia się świadomość, że nie można mieć wszystkiego.Możemy być tylko i aż tym, kim jesteśmy. Z godnością, najlepiej jak się da, rozgrywać karty, które los nam przeznaczył.
Jest jeszcze samobójstwo... I wiele osób mówi, że to właśnie utrzymuje ich przy życiu – świadomość, że mogą życie skończyć. A więc decydują się tego nie robić. To też może być punkt wyjścia do wolności i akceptacji życia.
Z takiego samego życia jeden człowiek może czerpać poczucie zniewolenia, a drugi poczucie wolności.Wolność to możliwość wyboru. Dopóki mamy wybór, jesteśmy wolni. Większość z nas nie zdaje sobie jednak sprawy, że wybór mamy zawsze.
Uczucie zniewolenia prawie zawsze jest iluzją, którą sami kreujemy po to, by nie brać odpowiedzialności za siebie i swoje życie. Łatwiej nam się czuć zniewoloną lub buntującą się ofiarą niż kimś wolnym.
Warto pamiętać, że nawet gdy nie podejmujesz decyzji, pozornie nie wybierasz, to też jest jakiś wybór. I wielu ludzi dopiero kiedy wreszcie zda sobie z tego sprawę, rusza z miejsca.Ale ta świadomość trudno się przebija, bo wiąże się z przyjęciem odpowiedzialności. Ktoś np. mówi: „Jestem zniewolony, bo mam żonę, dzieci, muszę na nie pracować. Nienawidzę tej pracy i tej żony, i tych dzieci. Ale nie mam wyboru”. To automanipulacja. Wybór jest. Można wyjść po papierosy i nie wrócić, zmienić tożsamość, uciec... Ten ktoś nie korzysta z tej możliwości, bo tak wybiera. Bo coś mu w środku nie pozwala tak zrobić: sumienie, przyzwoitość, przywiązanie... A czyje to jest? Jego. Więc nie powinien udawać przed sobą, że musi, lecz uznać, że w istocie tak wybiera. Z chwilą gdy to zrozumie, przestanie się czuć zniewolony. Zaakceptuje swoją własną, wewnętrzną konieczność.Ale może być też tak, że człowiek w terapii uzmysławia sobie, że uwewnętrznił coś, co nie jest jego. Może się wtedy z tym rozstać.Jeden kierunek jest taki: Uznaję, że wybrałem, respektuję swój wybór, w ramach niego działam. I te dzieci, żonę, i pracę, i ten tryb życia. Inny może powiedzieć: Rety, dotarło do mnie, że to wszystko nie moje, tylko mojego tatusia albo babci. Mogę więc powiedzieć: nie chcę. Oddaję babci, co babcine, tacie, co jego, i od tej chwili idę swoją drogą. Zaczynam się pytać siebie: gdzie moje? I to jest właśnie droga do wolności. Uwalniasz się ku sobie prawdziwej. Zaczynasz widzieć, co jest twoje, a co ci wciśnięto z dobrodziejstwem inwentarza. Zaczynasz świadomie kreować swoje życie.


Wczoraj bylo mi zle i przedwczoraj takze,poszlam na silownie,co by wzmocnic cialo i ducha walki..walki o siebie i radosc zycia ktora gdzies sie schowala na dnie samotnosci..nienawidze biegac,meczy mnie to..biegam regularnie moze od 2 miesiecy,wlaczylam to bieganie w swoj trening..3 razy w tygodniu staram sie chodzic i biegam 20 min na biezni..wczoraj pierwszy raz bez muzyki,bo ipod sie zacial..arek zrzucil sobie na glowe jak sie ladowala i moze dlatego..arek nie ma nawet siniaka,a sprzet sie uszkodzil,maly dran..pierwszy raz wsluchiwalam sie w siebie podczas biegania,w swoj oddech..wdech i wydech..medytacja w ruchu..kiedys dawno temu duzo czytalam o buddyzmie zen i medytacji,ze najwazniejsze tu i teraz..i kazdy krok niesie pokoj..biegne ku sobie ku swojej wolnosci..jak czesto zapominamy ze bez powietrza nie da sie zyc,ze gleboki oddech wyzwala od stresu..no nic w kazdym badz razie wycisnelam wszystko z siebie,by ratowac jakos reszte mego jestestwa,moja psychike,ktora kuleje..pomoglo..pomogl tez meil od aldony..dzieki kochana..kobieta kobiete zrozumie,ale facet zostaje i jest z silnymi kobietami..paradoks ze my szukamy bohaterow i krolewiczow,ktorzy utna 7 glow smoka potwora,uratuja z wiezy i beda przenosic na rekach przez rzeke by nie zmokly stopki..nie nic z tych rzeczy..faceci kochaja zolzy ,by same byly samodzielne( a wiec nie moge sie zle czuc absolutnie,kolega z przeszlosci jeszcze 3 dni temu powiedzial od slow do dziela wiec zakladam swoj biznes,dzieki ze tez tak napisal ktos,niby proste a moze az za proste),zeby bylo wygodnie..no nie wszyscy ale ta garstka co wytaje pod oknem z kwiatami nie interesuje nas..paradoks ze potem do tego dazymy by facet z cuchnacymi skarpetami zamienil sie w tego z kwiatkami..my to niezle mamy narabane..natura,przetrwanie gatunku czy jak sie pytam?arek mezczyzna maly jest kochanym oczkiem w glowie mamusi,ciekawe jak bede traktowac jego panny?pomagac zrozumiec czy tez wrecz przeciwnie,i namawiac by z kazda dawal sobie spokoj,ktora mi nieodpowiada..hmm ciekawa sprawa..jak na razie to chcialabym wychowac go ,zeby zawsze radzil sobie w zyciu,i na pewno chcialabym z nim miec dobry kontakt kiedys w doroslym zyciu,bo ja nie mam z mama..i teraz kiedy ida swieta i nastaje czas spokoju i rozmyslan,to mi jeszcze bardziej smutno..moze za duzo wymagam i sama powinnam sie wyluzowac jakos sensownie..i pomyslalam ze i tak zrobie to el camino nawet na piechote z arkiem,zeby nie wiem co..wezme go w plecak albo przyczepke,bo roweru nie mam,i pojde na ten przyslowiowy koniec swiata..niech sie dzieje juz co chce..oddaje wolnosc,i daze ku wolnosci..ramie w ramie albo sama..kiedy zamykaja sie drzwi to otwieraja okna..mam przeciez syna i razem mozemy cisnac te skalki,robic te podroze duze i male..mozemy mieszkac gdzie chcemy,mozemy wszystko..bo gora zawsze czuwa i jakies straszne dla nas rzeczy w tym momencie moga sie wydawac nie do udzwigniecia,ale czas pokaze czy to bylo najlepsze rozwiazanie,jeszcze nie zdarzylo sie bym wpadla z deszczu pod rynne,kurczowo sie czegos trzymalam,czy to pracy,milosci,miejsca danego a okazywalo sie zawsze bylo tylko lepiej..bo przeciez mam robic te miliony hehe wiec musze ruszyc z miejsca,duzo pracy,samotnosci i kontemplacji czeka..ale nie ma rzeczy nie do zrobienia,sama sie podtrzymuje juz na duchu,chociaz ciezko i rycze jak to baba,bo okres,bo strach o dziecko..a moze to jest to,bedzie mega ciezko,bo jestem w dole,ale sie nie dam,za nic za zadne skarby swiata,dla siebie i arka to bede robic..nie bede zebrac,i plakac juz komus ze jest zle,bo to nic mi nie da,trzeba sie cieszyc zyciem bo krotkie jest..trzeba ruszyc z miejsca..celebrowac kazdy oddech zycia,kazdy usmiech dziecka..jutro arek konczy rok..swieto..swieto mistrza immisha arkadiusza..urodzil sie w galway..przez cesarkie ciecie..2 tyg wczesniej,heh bo bym wywinela sie na tamta strone przez cisnienie i zatruta watrobe..wiedzialam od wrzesnia ze jest cos nie tak,i to byl zespol HeLp po mojemu wtedy i duzo sie nie mylilam bo gestoza..brr kochany paczuszek wazyl 3220 gr i 52 cm,zolty byl z 2 miechy,co ja sie mialam wtedy..ciezki okres na maksa..samemu bez pomocy..tylko ja ,marek i arek..i dlawil mi sie i krztusil,spal na mie z 3 miechy,czuwalam ciagle,zeby sie nie udusil,jezdzilam po szpitalach,spalam z nim na podlodze na materacach,wykrecona bylam na maksa,wezly powiekszone wszedzie u maluszka,przez pol roku nikt i tak nie wiedzial co to i od czego(marek byl zawsze)..i ciagle klocenie sie o cieplo w domu,zakrecane kaloryfery(ja cieplo,on zimno lubny)w sumie o wszystko,jaka temperatura wody dla dziecka,itd itp..i jakos tak sie oddalalismy to przyblizalismy spowrotem..teraz to on ma dosyc mnie a ja jego..siedzimy razem na bombie,bo kazde z nas cierpi okrutnie..kocham i przepraszam i oddaje ci wolnosc,bo kocham..rob z nia co chcesz..dojrzalam swoje bledy a teraz to musze nad tym popracowac..supelki supelki rozslupuje,wspinam po drabinie mojej niedoskonalosci..2 piosenki sobie proponuje i tym dziewczynom ktore znam (nie znam)i maja problemy(te w ciazy i te juz z dzieciaczkami w samotnosci i niezrozumieniu),przeciez kiedys w koncu zasweci slonce i skonczy sie ta zima,i znow wyjdziemy na spacer..
tyle sie napisalam (poczatek to z charakterow sciagniety artykul)zeby sobie pomoc jakos tym pisaniem,co napisane to latwiejsze do realizacji..

12/15/2008

koszmar..

na swiezo ze wsi..jeszcze rece mi sie trzesa i cala latam wystraszona..masakra..jest teraz 24.40 a wszystko zaczelo sie 23.30..1h strachu..poszlam sie kapac po zapisaniu ostatniego posta..mocze wlosy ,wyciskam resztki szamponu i mydle..i slysze jakies trzaski..mysle sasiedzi na gorze sie tluka..ale nie drugi raz jakby ktos do domu wchodzil..wylaczam prysznic i nasluchuje,dzisaz schiz na maksa..naprawde ktos probuje wlezc albo juz lazi po chace..naciagam szlafrok tylko ,kaptur na mokre wlosy i wylaze z lazienki,ciemno wszedzie a z korytarza dostrzegam swiatlo..mamy jedne drzwi,potem korytarz z gratami i wozkiem,i drugie drzwi juz do pokoju..i ktos usilnie szarpie za klamke i szarpie,sie zdygalam..nie zamykal cwierc nic,auta,mieszkania itd..ja zawsze lazlam jeszcze w nocy i zamykalam te drzwi od pokoju chociaz..raz nawet te zewnetrzne byly otwarte rano i o 10 przylecial sasiad kiedys czy cos sie nie stalo a to marek zamotany na 6 lecial na samolot i zostawil,a sasiad mowi zeby uwazac bo bylo wczesniej wlamanie na dzielni..mamy nawet alarm ktory nie jest wlaczony..no nic,mi trach gladko wchodzi w faze paniki wraz z dygotem na ciele,raz ze w szlafroku ,mokra,a w drugim pokoju maly paczuszek spi..wyczuwam tez zapach alkoholu,zaczynam sie bac nie na zarty,lapie za telefon i dzwonie do marka(a zawsze dzwonie a dzisaj dzwonilam uparcie czy zawsze bedzie odbieral ,jakby cos sie stalo..i h i d i nie odbiera ma mnie w d..bo przeciez tyle razy dzwonilam w tym dniu..panika siega zenitu,dzwonie do landorda i wlacza sie od razu sekretarka..chce na garde nie znam numeru,dzwonie do znajomych z cork ,oni tez nie czaja..mam w pokoju arka balkon z drzwiami na zamek wiec na bosaka wylecialam ,z tel w reku gadam ze znajomymi ,z placzem i nieomalze konaniem i strachem o dziecko wezcie mi cos poradzcie..zapukalam do drzwi sasiada balkonowych ale ciemno i pustka(przez reszte czasu juz myslalam ze to moze on siedzi na tym korytarzu w niecnych celach,bo chyba jak jest wozek na korytarzu to logicznym wydaje sie ze to nie czyjas wlasna chata..wracam na baze,arnoldzik sie przewraca z boku na bok,bo otwieram te cholerne drzwi i gadam z podworka coby mnie napastnik nie slyszal i dziecko sie nie obudzilo..zaraz skoncza sie srodki na koncie komorki,konana i panika juz mnie opanowala do reszty ,nie mogac utrzymac telefonu,lece z drugiej strony podworka,szukam gdzies swiatla,jest pukam,ale patrze a tam 4 facetow w dresach przez szparki w drewnianej kotarze i zwialam(pomyslam ze by mnie wzieli za glupka,i jeszcze wciagneli na chate,bo w samym szlafroku i na bosaka latam)dzwonie znowu do znajomych i mowie wezcie dzwoncie do marka,moze nie odbiera ode mnie tylko,i czekam..no ale lece po tej mokrej trawie z drugiej strony bloku i dzwonie jeszcze do 2 dzrzwi i nie otwiera niktttttttt..przerazona dzwonie za ostatnie 2 e do znajomych z cork,i on mi mowi tak gadalem przed chwila z markiem,i co,oni maja mnie za wariata chyba..z rykiem juz i bezsilnosci chlipie wez cos zrob,zadzwon na garde,pomoz mi,bo zaraz ten zamek jeszcze pusci..a tam ktos nawalony i nie wiadomo co zrobi..marek mi nie uwierzyl,znajomi tez..ale napewno trzeba zadzwonic,bo ja nie moge,jak chcesz masz tu numer 112 i dzwon..mysle sobie jak ja was nienawidze w tym momencie..z drzaca reka wystukuje nr ,myslac czy jeszcze zdolam cos z komorki wykrzesac(ale chyba za darmo jest nie wiem)i lamana angielszczyzna prosze o pomoc,i szybko,chca moj numer,nie pamietam,placze w sluchawke..zmarzly mi palce u nog i w ciemnym pokoju czekam,cisza,po okolo 10 min niesmialo zagladam przez kotare,jest garda,wchodzi do mojej chaty i wyciaga kolesia,jakiegos boba,gruby pijaczyna..ale dziwne jest to ze normalnie chodzil,jak ktos nie czai to chyba juz tarza sie tylko po ziemii i nie ma sily isc..a ten luz,nawet pamietam imie ,nazwisko i chodzil tez normalnie..pani gardzistka,wysoka postawna blondynka,weszla do pokoju i zapytala o dane,zadzwonilam do marka zeby z nim gadala(zeby nie robil ze mnie wariata,ze sobie wymyslam)pogadala..marek do mnie ze to tylko najebany koles i jutro bedzie mnie przepraszal bo mu glupio(jeszcze jaral fajki na korytarzu john player,bo pudelko puste zostawil i jakies pofrytkach smieci w wozku arka)..masakra..a ja przerazona i kazdy jakby nic sie nie stalo..ze dobrze sie wszystko skonczylo..i czasem sobie mysle ze prawdziwych przyjaciol poznaje sie w biedzie..i mi ich brak czasem..i myslalam ze marek tez taka ostoja powinien byc,ze nie powinnam sie bac nigdy..okazalo sie inaczej,zignorowal mnie totalnie i moja niemoc w takiej sytuacji..nie wiem co moglabym dodac chyba piosenke,bo to moze wiecej odda..a nie wiem jak mozna sie zrehabilitowac po czyms takim..-100 punktow..

wezme jeszcze krople bacha(kwiatowe emergency) na ten szok bo nie zasne..i pamietac zawsze o zamykaniu drzwi zewnetrznych..nienawidze takiego picia..bez granic..jeszcze peace na oknie dzisiaj przywiesilam,do marka dzwonilam zeby zawsze odbieral nawet w nocy szczegolnie bo roznie bywa..mnie ta sytuacja pokazala ze jestem panikara ,ale to nienowosc..i naprawde jestem sama w sytuacjach w ktorych sie boje..podobnie bylo w gorach..podobna bezsilnosc kiedy wszelkie sposoby zawodza..po co mi to?nie musze byc budda..nic nie musze..jestem jaka jestem..panikara..

12/14/2008

niepokoj..pokoj..

oj cos mi zle,niedobrze,i nie moge spac,pelnia,humoru wcale,zima,zimno i jakos tak nijak,moze ze nie poszlam na spacer..a tak ladnie bylo,arek wylal wode z zelazka na siebie bawiac sie nim jak autkiem,i mokre rajstopy..drzemka ,obiadek i na dworze cimno i nie poszla..buu okno przyozdobila zelowymi naklejkami z aniolkami i napisem peace on earth,a na parapecie mala choinka z drewnianymi zabawkami z tesco heh..moze tez komus tak nijak..mam kawaly nawet daja rade..

przed ślubem:
Ona: Cześć!!!
On: No nareszcie, już tak długo czekam!
Ona: Może chcesz, żebym poszła?
On: Nie! Co ci przyszło do głowy?
Ona: Kochasz mnie?
On: Oczywiście o każdej porze dnia i nocy!
Ona: Czy mnie kiedyś zdradziłeś?
On: Nie! Nigdy! Dlaczego pytasz?
Ona: Chcesz mnie pocałować?
On: Tak, za każdym razem i przy każdej okazji!
Ona: Czy byś mnie kiedykolwiek uderzył?
On: Zwariowałaś? Przecież wiesz, jaki jestem!
Ona: Czy mogę ci zaufać?
On: Tak.
Ona: Kochanie...
Siedem lat po ślubie: czytaj od dołu w górę



Pokłóciły się okrutnie części ciała. No, bo kto tu rządzi?
- Toż jasnym jest, że ja - burknął mózg - to ja tu myślę i wszystko
kontroluję.
- Bzdura! - zaprotestowały ręce - my tu robimy najwięcej - zarabiamy na
wasze utrzymanie.
- Ech - westchnęły nogi - to nasza rola rządzić, to my decydujemy, jaki
kierunek obrać i dążyć w słusznym kierunku.
- My - odparły oczy - myśmy szefami - my wszystko widzimy i naprawdę nic
nam nie umyka.
- Bzdura - odparł żołądek - to ja tu rządzę, wytwarzam wam wszystkim
energię, ciężko pracuję i trawię. Beze mnie zginiecie...
- JA BĘDĘ SZEFEM - nagle odezwała się milcząca dotąd dupa - I JUŻ.
śmiech ogólny, że całe ciało się nie może pozbierać.
- DOBRA - odpowiedziała dupa - jak tak, to STRAJK. I przestała robić
cokolwiek.
Minęło kilka godzin. Mózg dostał gorączki. Ręce opadły. Nogi zgięły się
w kolanach Oczy wyszły na wierzch. Żołądek wzdęło i spuchł z wysiłku.
Szybko zawarto porozumienie. Szefem została dupa.
I tak to już jest drodzy moi. Szefem może zostać tylko ten, co gówno robi.



Przychodzą dwie blondynki do sklepu. Jedna mówi:
- Poproszę zeszyt w kółka.
Sprzedawca na to:
- Niestety, ale nie ma takich zeszytów. Są tylko w kratkę, w linię lub czyste.
Blondynka odchodzi, na to druga mówi:
- Ale ona głupia, chciała zeszyt w kółka.
- No cóż - mówi sprzedawca - różni są ludzie. No ale co dla pani?
- Poproszę globus Krakowa.

Blondynka kupiła Fantę z zielonym kapslem.
Otwiera, patrzy - na kapslu napis:
"Spróbuj szczęścia znowu" - zamyka, odkręca, czyta - "Spróbuj szczęścia znowu" - zamyka, odkręca, czyta ...

to by bylo na tyle,pelzne do lozka.. no moze jeszcze jakas muza i pojde..

12/13/2008

rowery i przyczepki..

tak surfuje jakis tydzien za przyczepka rowerowa dla arka,w miare nie mega droga i skladana,czyli taka co do samolotu by wniesc bez zadnych kosztow..i taka obczailam..tak samo z rowerem..szukalam czegos innego,chyba sakw i wpadlam na rowery ..no ale ten mi sie podoba,ciekawe co klon na to..chyba sie nie zgodzi ,bo wie lepiej..a czemu?tez troche sobie jezdzilam ale tylko treka mialam klasy sredniawej..a teraz szukam czegos co mozna zlozyc w podrozy..no ja mam taka idee..do samolotu,samochodu,pociagu i zeby byl tez dobry..mysle ze znalazlam..
z przyczepki mozna zrobic spacerowke i juz unikam kosztow przelotu ,bo to ekwipunek dziecka i sie sklada heh ciekawe jak w praktyce wyjdzie,mozna uprawiac jogging i przyczepic do roweu..no a rower,tez sie czepiaja podobno i rzucaja sprzetem przy zaladunku,masakra..no to teraz tak bede obczajac wszystko do lata ,co potrzebne do wyprawy..mam na razie swiatelka i licznik ze starego roweru a arkowi wyczailam na straganie nowy kask za duzy troszke za 4,5e a kosztuje 30e..takie zakupy najbardziej ciesza..ale rower i przyczepka niestety nowe zeby posluzyly..tylko skad kase na to wytrzepac?chyba trza te masaze zaczac robic za 50e to by sie uzbieralo,tyle ze nie mobilna jestem w sensie,brak prawka(bo nie przyszlo zawiadomienie o egzaminie,zreszta nic nie umiem a jak sie uczylam to potem przyszlo pismo ze przepisy w ie sie pozmienialy w sierpniu)i tak zawsze jakies przeszkody do przeskakiwania..uff..dobra wymowek nie ma trzeba zakasac rekawy i trzepac many na wyprawe..posprzedaje pare rzeczy na allegro a sprzedaje od pazdziernika heh,no co zrobilam fotki tym rzeczom i to bylo na tyle..ale jak sie wezme to zrobie w dwa dni..i sie uzbiera chociaz na odziez rowerowa..a reszta jakos pojdzie..bez kasy ludzie latali i jakos dali rade..to my nie damy?sprzet i bilety najwazniejsze a jedzenie bedziemy gotowac sami..moglabym isc do pracy ale w rekawie mam mnostwo argumentow przeciw..chlopcy nie powinni chodzic do przedszkola(w ksiazce o wychowaniu chlopcow wyczytalam)same kobity heh,nie kazdy takie ksiazki czyta na szczescie..marek pracuje tak ze go czasem w tyg nie ma,odpada..jakbym pracowala to 3/4 wyplaty to oplacenie przedszkola..mojej wyplaty..w niektorych przedszkolach robia jedzenie maluszkom najtanszym sposobem,np z mrozonek(wiedza od kumpeli marka ktora jest w dublinie przedszkolanka),a jedzenie wiadomo ,dla tak mlodego organizmu powinno byc najlepsze,lyzka kopiemy sobie grob(jedzenie takie wychladza organizm i nie ma witamin,mrozonki domowe maja ale nie te ze sklepu,temperatura mrozenia).Czyli praca w tradycyjnym slow tego znaczeniu w ie w moim przypadku odpada..musze pomyslec co mogloby to byc i jak,zebym byla zadowolona..a praca powinna byc taka zeby byc z niej zadowolonym oprocz dobrej wyplaty..i taka co sie lubi robic..czyli mnie zostaja elementy fizjoterapii przykldowo,i prywatnie lub wlasna dzialalnosc gospodarcza..no dobra naprodukowalam sie i trzeba do wyrka isc,ktore puste do srody zostaje,czyli full grzanie w pokoju..nie bedzie alaski w nocy przez te pare dni jupii..

swieta i zyczenia..




Niech świąteczne życzenia mają moc spełnienia,
te całkiem błahe i te ważne,
te dostojne i te ciut niepoważne,
niech się spełnią.
Marzeń o które warto walczyć,
wartości którymi warto się dzielić,
przyjaciół z którymi warto być
i nadziei, bez której nie da się żyć.
Wesołych Świąt Bożego Narodzenia
i Szczęśliwego Nowego Roku 2oo9
zyczy ida arek i marek

12/04/2008

arek i tata..

najnowsza produkcja taty marka o swobodnym poruszaniu sie w srodowisku jakim jest woda..czy ta szczoteczka do zebow nie jest za duza?


12/02/2008

slieve donard 849m..


Pierwsza wyprawa aruna z noclegiem w namiocie,i pierwsze wejscie solo mamy na na najwyzszy szczyt pasma gorskiego znajdujacego sie w irlandii polnocnej.Blad w trakcie schodzenia do namiotu zakonczyl sie po 8 h bladzenia.Tak powstal w tamtym tygodniu filmik o przygodzie ,ktora ledwo przezylam bez mega histerii(letki placz i panika)i o ktorej wspominalam kilka postow wczesniej.a bylo to tak..
Pojechalismy autem w gory mourens w irlandii polnocnej z plecakami ,namiotem i malym.Pierwsza noc spedzilismy w namiocie,dosyc dla mnie niekomfortowo ,bo zerwala sie chmura z 300 kroplami deszczu i na predce namiot rozbity na sciezce pod gorke.W nocy wialo i trzepalo namiotem tak ze oka nie moglam zmruzyc i ciagle mi sie wydawalo ,ze ktos na nas wlezie na tej sciezce.Marek uratowal mnie swoja mp3 i tak jakos wytrwalam do rana,nie wspominajac ze ciagle maluszka przykrywalam ,bo bylo zimno jakies 9 stopni w nocy(i tak sie spocil)plus karmienie cycem,i moje spanie przez cala noc na jednym biodrze.o masakra..i rano po sniadaniu wygnana zostalam w gory,bo za zimno bylo zeby maluszka tam ciagnac.Oczywiscie bez jakies wiekszej ilosci picia jakies pol kubka herbaty i snikers na droge.I jeszcze gps do reki ,cobym sie nie zgubila,gdzie marek mi wytlumaczyl w 5 min jak sie to obsluguje.Pelna obaw ale i nowej przygody wyruszylam z obozu sama.Szczyt osiagnelam po jakiejs 1,5 h i schodzac uradowana poszlam w inna strone niz przyszlam(wchodzac obracalam sie za siebie,krecilam kamera,zaznaczalam kamykami i imieniem gdzie schodzic).A gora miala mur jak i inne okoliczne szczyty(chociaz myslalam ze tylko ta ma)A wiec schodzac(blad odkrylismy na gpsie juz w domu ,ktory co jakis czas wlaczalam i zarejestrowal moje bladzenie)poszlam druga strona muru zeby na mnie tak nie wiealo,ale schodzilo sie okropnie i wpolowie drogi przeskoczylam ten mur.i zapomnialam o tym i poszlam w druga strone juz u podnoza gory..A potem to juz masakra i przyspieszone bicie serca,bo chodz telefon dzialal to byla to juz anglia a roamingu brak.Nie moglam zadzwonic,nie mialam nic do picia i nic do jedzenia,nie wiedzialam jak mam korzystac z gpsa..Schodzac nie w te srone po pol h zorientowania sie ze wcale tedy nie przyszlam zaczepilam ludzi zeby mi pomogli.z nimi weszlam jeszcze raz pod te gore i pod murek,oni tez nie czaili gpsa ale mieli mapy z ktorych ja nic nie czailam tez..Zadzwonilam z telefonu jakiejs dziewczyny do marka,a on zeby zobaczyc po ktorej stronie mam slonce itd itp.kazal schodzic .Wiec cos z tymi ludzmi kombinowalismy ale po spojrzeniu na gpsa ,znowu bladzilismy.Zadzwonilam jeszcze raz ,ze z nimi schodze na kawe do jakiejs wiekszej miejscowosci i zeby mnie znalazl juz tam.Chociaz wiedzialam ze nie bedzie mu lekko z tymi tobolami i arkiem..Lecz stanowczo kazal mi zostac pod ta gora i sami mieli po mnie przyjsc.Czekalam tam 1,5h i sie rozplakalam,bo powinni byc w pol h.martwiac sie czy arkowi nie zimno i czy nie glodny..i sama zrozpaczona spedzeniem jeszcze paru h w gorach.Jakas grupka starszych ludzi zaopiekowala sie mna ,dajac cos do picia i batoniki i poszlam z nimi..Dluzszy czas ci ludzie nie mieli zasiegu.No i idac z nimi po pol h patrze ze pojawia sie moja droga ,ktora przyszlam,kamyki i napis itd,ale szlam juz z nimi .Z Markiem umowilam sie na parkingu.Szlam chyba jeszcze ze 3 h z tymi ludzmi,i oni podwiezli mnie jeszcze jakies pol na parking,bo bylam juz po innej stronie gor niz wyruszylam..Zla bylam straszliwie na siebie na marka i na caly swiat,ale te 3 h dobrze mi zrobily,bo wiedzialam ze to ja gdzies popelnilam blad.Marek tez byl pod murkiem i czekal na mnie z maluszkiem ale z drugiej strony gory.Co mnie to nauczylo?ze zaczelam sprawniej poslugiwac sie gpsem,ze w gorach bardzo latwo jest zbladzic,mozna liczyc na pomoc ludzi ktorzy te gory kochaja,respektu wobec natury.I ze duzo pracy przede mna..